piątek, 25 maja 2012

Buty

Dziecko wybierało się w góry. W górach potrzebne są buty. Niekoniecznie sandałki.
Forclaz 500Pierwsza wiosenna wyprawa zazwyczaj jest poprzedzona wizytą w sklepie sportowym, ponieważ buty mają brzydki zwyczaj- w zimie kurczą się z zimna i trzeba je wymienić na nowe, nieskurczone. Dwa tygodnie temu dopełniliśmy rytuału, nowa para stanęła na półce w szafie i czekała na wycieczkę.
- Mamo, gdzie są moje buty?- Kocham takie pytania, zwłaszcza rano, w totalnym niedoczasie, gdy miotam się między śniadaniem dla dziecka, śniadaniem dla kotów, deską do prasowania, dopakowywanym plecakiem, czyszczeniem kuwety i milionem innych, czasochłonnych drobiazgów.
- W szafie!
- Nie ma!
- Są, poszukaj dokładnie!- Wiem, że tam są, na honorowym miejscu, na środku półki.
Łup, szur, bęc, słyszę jak dziecko sprawnie opróżnia kolejne pudełka, buty parami lub z osobna lądują na wielkiej hałdzie na środku przedpokoju.
- Nie ma moich butów!
- SĄ!!
Niczym furia przyfrunęłam, gotowa do czynów ostatecznych. Oczywiście, na samym wierzchu góry rozmaitego obuwia królowały poszukiwane trepy. Niezdolna do wydania jakiegokolwiek cywilizowanego dźwięku wycelowałam oskarżycielski palec, sypnęły się iskry, cud, że płomień z palca nie spalił butów razem z domem, i miastem.
- Ach, te! Myślałem, że to taty...
Zmiękłam w sobie, niczym szmaciana laleczka. No tak, synku, ciebie też zaskoczył upływ czasu :) Ni stąd, ni zowąd, masz 41 numer buta...


środa, 23 maja 2012

Filozoficznie

- Nie ja dałem życie, nie ja będę je zabierał.
Mucha odleciała bezpiecznie.

poniedziałek, 21 maja 2012

Pstryk

W ramach poszukiwania najlepszych rozwiązań leczniczo- rozrywkowych wybrałam się z wizytą do pewnego, nad wyraz sympatycznego, fachowca od igieł. Dla ułatwienia dodam, że nie był to krawiec.
Akupunktura fascynuje mnie od dawna. Może dlatego, że kojarzy mi się z Tuwimowym pstryczkiem elektryczkiem? Pstryk- i światło. Pstryk- i zdrowie? Gdy nadarzyła się okazja, postanowiłam spróbować.

Nie od razu. Rozrywka jest dobra, ale ostrożność lepsza. Na pierwszy ogień poszedł mąż. Przeżył :)
Oczywiście, chciał się pochwalić swoimi rozlicznymi dolegliwościami, ale doktor nie słuchał. Nie musiał, jeśli  do gabinetu ktoś wchodzi zgięty wpół i postękuje- wiadomo, strzeliło w krzyżach. Doktorek obalił obolałą ofiarę na leżankę, złożył w kosteczkę, chrupnęło solidnie, wyprostował, złożył w druga stronę, chrupnęło jeszcze solidniej- i już. Po sprawie. Pstryk- i światło. Potem doktor oczywiście ponakłuwał różne miejsca, ale mąż był tak zachwycony nieobecnością bólu, który chwilę wcześniej próbował urwać mu dupę, że w ogóle nie zwrócił uwagi na igiełki. A mnie wszak interesowały właśnie igiełki! Nie było rady, musiałam iść sama.

W brzydkim budynku brzydkie, mroczne korytarze. Postsocjalistyczne zakamary. Na drzwiach gabinetu tabliczka z nazwiskiem. Rosyjskim? Raczej ukraińskim. Otwieram drzwi- i szok. Na wprost drzwi gigantyczne okno z najpiękniejszym widokiem, na miasto, na świat, na rzekę, na życie. Zachowałam się bardzo niekulturalnie, zamiast przywitać się z gospodarzem- stanęłam z rozdziawioną gębę i gapiłam się w okno.
- Jakiż piękny widok...
- Bo ja jestem piękny- doktor mi na to :)
Doktor oglądnął mój język, sprawdził puls, stwierdził zatrzymanie wody i zaśluzowanie (żabia choroba, nieprawdaż. Albo hydrotechniczna). Po czym wbił mi w brzuch cztery igiełki. Pssss powietrza z przekłutego balonika? Nie. Nie było psss, nie było też bólu. Szczerze mówiąc, w ogóle nie poczułam, że coś mi wbito.
Dodatkowo doktor zalecił rezygnację ze słodyczy i nabiału, oraz cierpliwość, ponieważ kuracja będzie długotrwała.
No cóż, dla pięknego doktora i jeszcze piękniejszego widoku (oraz dla marzenia o zrzuceniu 30 kg)- będę powtarzać eksperyment. Jeśli zobaczę jakieś efekty- dam znać. Na razie- pstryk. Tylko pstryk.

piątek, 18 maja 2012

Taka sobie kromeczka

Dwa tygodnie temu, w piątek, przyniosłam sobie do pracy śniadanie. Samo w sobie nie jest to niczym niezwykłym, nieprawdaż. Zazwyczaj ludzie jadają w pracy śniadania, zazwyczaj w jego skład wchodzi kromka chleba. Nie zawsze jednak jest to chleb na zakwasie, dzieło własnych rąk.
Moja piątkowa kromka z różnych przyczyn nie została zjedzona. Przez zapomnienie nie została również zabrana z powrotem do domu.  Przeleżała sobie weekend w ciepłym pomieszczeniu, w foliowej torebce. Spodziewałam się, że w poniedziałek pleśń nie wpuści mnie do pokoju. Ale nie, nic strasznego nie nastąpiło nawet po otwarciu wspomnianego woreczka. Chleb wyglądał zdrowo i pachniał przyjemnie.
W tenże poniedziałek trafiłam na artykuł traktujący o chlebie na zakwasie. Między innymi znalazłam informację o tym, że zakwas znakomicie radzi sobie z grzybami- czyli pleśnią. Chleb, który nie pleśnieje? Czy to w ogóle możliwe?

Zostawiłam moją zapomnianą kromeczkę, do dziś. Eksperymentalnie. Czy dwa tygodnie to wystarczająca ilość czasu?
Przed chwilą spożyłam testowany produkt, ze smakiem. Nie muszę chyba dodawać, że pleśni nie było. Kromka smakowała dokładnie tak samo, jak po upieczeniu. Wygląd, smak, zapach- nic się nie zmieniło.
Dla mnie- to cud.
Drugim cudem są ostatnie wyniki badań krwi.
Cukier- w normie! Nie wspominałam może, ale cukrzyca pukała do drzwi. Można nawet powiedzieć, że łomotała. Czyżby oczywiste lekarstwo (jednocześnie możliwa przyczyna choroby) na jedną z trudniejszych chorób cywilizacyjnych leżało na półce w piekarni?

czwartek, 17 maja 2012

Próby trwają

Bawię się nową zabaweczką. A to tło wymienię, a to ustawienia poprawię...
Wrażenie jest takie, jakbym z malucha przesiadła się do multipli. Przestronnie, wygodnie.
W celach testowych wyłączyłam komputer w połowie notki. Przetrwała!
Najbardziej podoba mi się lista zaprzyjaźnionych blogów, która ustawia się automatycznie wg ostatniej aktywności. Od razu widać, kto pisze, a kto się obija.
Męczy mnie tylko jedno w tym nowym domu, mianowicie przezroczyste ściany. Mania prześladowcza czyżby?

Urodziny pod gwiazdami

Moje, dopiero co urodzone dziecko, skończyło właśnie 12 lat. Jak ten czas leci, patrzcie państwo!
12 lat to taki etap, że właściwie już nie jest się dzieckiem (choć plac zabaw nadal nęci), na pewno jeszcze nie jest się dorosłym. Kryzys tożsamości, panie, pełną gębą.
Z ósemką takich kryzysowych nastolatków wybrałam się uczcić w/w urodziny. Ambitnie, do obserwatorium astronomicznego :) Miło było. Nawet bardzo miło. Dzieciaki sympatyczne, choć irytujące. Prowadzący- najwyższej światowej klasy, z genialnym podejściem do dzieci.
Były szaleństwa dziecięce:

Był kryzysowy księżyc, w fazie znakomicie pasującej do dzieciaków- pół mroczny, pół- jeszcze mroczniejszy, ale z nadzieją na lepsze jutro.
 
Było przyrządzanie posiłku przy użyciu lustra, soczewki, banana i czekolady.
 
 
 
 
 
 
 
 
Było również wiele innych rozrywek, stawiajacych imprezę na pierwszym miejscu w rocznym rankingu. Piknik pod Księżycem, piknik pod zamazanym Saturnem.
Wszystkiego Najlepszego, Synku. Dorastaj zdrowo i bezpiecznie.

środa, 16 maja 2012

Wyszłam z siebie, wracać nie zamierzam.

Dość tego. Wyprowadzam się. Proszę mnie szukać tu:

http://jasminkowa.blogspot.com/

 

Serdecznie zapraszam.

Raz, raz, próba mikrofonu

Nie-na-wi-dzę zmian. Nie, nieprawda.
Lubię zmiany, ale nie w blogach, do diabła! Niestety, jeszcze bardziej nie lubię bezustannej irytacji, która towarzyszy mi ostatnio przy odwiedzaniu blogów onetu. W tym własnego. Już to blog o podanym adresie nie istnieje, już to zeżera notkę, z wielkim trudem urodzoną, co gorsza przyozdobioną wieloma wybitnymi zdjęciami. O komentowaniu nie chce mi się nawet gadać, kto bywa, ten wie.

Od dziś- tu jest mój kawałek podłogi.
Wszystko tu dziwne i obce. Tła nie umiem ustawić, zdjęcie nie wchodzi. Nie, żebym od razu krytykowała. Nie umiem, bo nie chce mi się czytać instrukcji. Mam nadzieję, że z czasem wiedza spłynie na mnie sama.

No, to by było na tyle.

czwartek, 10 maja 2012

Urodziny pod gwiazdami

Moje, dopiero co urodzone dziecko, skończyło właśnie 12 lat. Jak ten czas leci, patrzcie państwo!

12 lat to taki etap, że właściwie już nie jest się dzieckiem (choć plac zabaw nadal nęci), na pewno jeszcze nie jest się dorosłym. Kryzys tożsamości, panie, pełną gębą.

Z ósemką takich kryzysowych nastolatków wybrałam się uczcić w/w urodziny. Ambitnie, do obserwatorium astronomicznego :) Miło było. Nawet bardzo miło. Dzieciaki sympatyczne, choć irytujące. Prowadzący- najwyższej światowej klasy, z genialnym podejściem do dzieci.

Były szaleństwa dziecięce:

Był kryzysowy księżyc, w fazie znakomicie pasującej do dzieciaków- pół mroczny, pół- jeszcze mroczniejszy, ale z nadzieją na lepsze jutro.

 
Było przyrządzanie posiłku przy użyciu lustra, soczewki, banana i czekolady.
 
 
 
 
 
 
 
 
Było również wiele innych rozrywek, stawiajacych imprezę na pierwszym miejscu w rocznym rankingu. Piknik pod Księżycem, piknik pod zamazanym Saturnem.
Wszystkiego Najlepszego, Synku. Dorastaj zdrowo i bezpiecznie.