Pierwsza wiosenna wyprawa zazwyczaj jest poprzedzona wizytą w sklepie sportowym, ponieważ buty mają brzydki zwyczaj- w zimie kurczą się z zimna i trzeba je wymienić na nowe, nieskurczone. Dwa tygodnie temu dopełniliśmy rytuału, nowa para stanęła na półce w szafie i czekała na wycieczkę.- Mamo, gdzie są moje buty?- Kocham takie pytania, zwłaszcza rano, w totalnym niedoczasie, gdy miotam się między śniadaniem dla dziecka, śniadaniem dla kotów, deską do prasowania, dopakowywanym plecakiem, czyszczeniem kuwety i milionem innych, czasochłonnych drobiazgów.
- W szafie!
- Nie ma!
- Są, poszukaj dokładnie!- Wiem, że tam są, na honorowym miejscu, na środku półki.
Łup, szur, bęc, słyszę jak dziecko sprawnie opróżnia kolejne pudełka, buty parami lub z osobna lądują na wielkiej hałdzie na środku przedpokoju.
- Nie ma moich butów!
- SĄ!!
Niczym furia przyfrunęłam, gotowa do czynów ostatecznych. Oczywiście, na samym wierzchu góry rozmaitego obuwia królowały poszukiwane trepy. Niezdolna do wydania jakiegokolwiek cywilizowanego dźwięku wycelowałam oskarżycielski palec, sypnęły się iskry, cud, że płomień z palca nie spalił butów razem z domem, i miastem.
- Ach, te! Myślałem, że to taty...
Zmiękłam w sobie, niczym szmaciana laleczka. No tak, synku, ciebie też zaskoczył upływ czasu :) Ni stąd, ni zowąd, masz 41 numer buta...